Za kratami klasztoru spędziła ponad 7 lat

Poniżej pozwalam sobie opublikować wywiad, jaki w lutym 2021 roku przeprowadziłam dla redakcji Onetu.

***

Są w Polsce tzw. zakony klauzurowe, w których zatrzymał się czas, siostry żyją w nich w ukryciu jak przed wiekami. Strzegą reguły, nie pozwalając na odstępstwa. Gdy zdecydują się zamknąć w klasztorze, już nigdy z niego nie wychodzą (poza nielicznymi przypadkami takimi jak np. wizyta u lekarza czy wybory). Od świata oddziela je wysoki mur, a także żelazna krata. Znajduje się ona nawet w rozmównicy, w której spotykają się z rodziną. Widomy symbol odgrodzenia od dotychczasowego życia. Rozmawiam z Aleksandrą Wojciechowicz, która ponad siedem lat spędziła w zamknięciu w klasztorze Karmelitanek Bosych. Nosiła imię Marii Aleksandry od Dzieciątka Jezus.

Czym zajmowałaś się przed wstąpieniem do zakonu?

Pracowałam jako nauczyciel akademicki. Wykładałam fotografię na Uniwersytecie Zielonogórskim, robiłam artystyczne zdjęcia, organizowałam własne wystawy, powoli robiłam się rozpoznawalna w moim mieście. Byłam osobą bardzo aktywną.

Co takiego zaszło, że postanowiłaś diametralnie zmienić swoje życie?

Przez wiele lat byłam niewierząca, lubiłam bawić się, miałam przyjaciół, korzystałam z życia. Momentem przełomowym stała się chwila, gdy nawróciłam się. Uświadomiłam sobie, że wiara jest rzeczą zbyt poważną, by realizować ją połowicznie. Bóg stał się dla mnie najważniejszy, a klasztor zaczął pociągać mnie jak magnes.

Czy czułaś obawy przekraczając granicę klauzury? Przecież nie mogłaś być pewna, że podołasz. A tym bardziej, że Karmelitanki Bose to zakon o jednej z najsurowszych reguł.

Gdy wstępowałam do zakonu wiedziałam, że jest to jeden z tych o najsurowszej regule. I to mnie właśnie w nim pociągało. Chciałam oddać się Bogu na całego. Nie czułam obaw, bo zakon to nie więzienie. Zanim złoży się śluby wieczyste, mija wiele lat. Jest więc sporo czasu na rozeznanie swojej drogi. W moim zgromadzeniu pierwszy okres próby zwał się postulatem i trwał od 6 do 12 miesięcy. Po nim następował trwający 2 lata nowicjat. Przy jego rozpoczęciu otrzymywało się habit, biały welon, regułę i nowe imię. Ja byłam Marią Aleksandrą od Dzieciątka Jezus. Po nowicjacie składało się przez 4 lata śluby czasowe na rok.

Po zakończeniu nowicjatu, jak i okresu objętego ślubami czasowymi, czyli po każdym roku kandydatka mogła wystąpić ze zgromadzenia bez żadnych konsekwencji.

 A Ty na jakim etapie swojej drogi wystąpiłaś z zakonu?

Byłam w zgromadzeniu siedem i pół roku, na co złożył się rok postulatu, dwa lata nowicjatu i następujący potem okres odnawianych ślubów czasowych. Pragnę mocno podkreślić, że kapituła dopuściła mnie do złożenia ślubów wieczystych. Był już zaproszony biskup, rodzina. Natomiast matka przełożona z pewnych względów podjęła decyzję, że ich nie przyjmie. Z siostrami miałam bardzo dobre relacje, kochałyśmy się. Wolę matki przyjęłam z pokorą.

Powiedziałaś o białym welonie. Domyślam się, że tak, jak w innych zakonach, jest on przeciwieństwem czarnego, który przyznawany jest siostrom po ślubach wieczystych. Czy reguła normuje to, jak mają wyglądać włosy pod takim welonem?

Reguła nic nie mówi na ten temat. Przesadą jest więc twierdzenie, że siostrom każe się ścinać włosy. Robiłyśmy to z własnej woli, ze względów praktycznych. Welon przypinany był do białej toki, która szczelnie opinała głowę. Przy zbyt długich włosach toka przesuwała się, co nie było zbyt wygodne.

Powiedziałaś, że byłaś osobą aktywną przed wstąpieniem. Czy nie miałaś problemów z nadmiarem energii w zakonie, gdzie przecież życie biegnie zdecydowanie wolniej?

Zdecydowanie częściej moim problemem był brak czasu niż jego nadmiar. W zakonie – wbrew temu, co uważa większość – pracy jest sporo. Jedne siostry zajmują się ogrodem, inne sprzątają, gotują, szyją ornaty… Ja przykładowo byłam kwiaciarką. Trzeba było zatem zbierać kwiaty w ogrodzie, układać je w bukiety. W zakonie miałyśmy salę do ćwiczeń, był tam nawet rowerek. Dodatkowo matka przełożona zezwoliła mi na bieganie. Robiłam to już przed wstąpieniem. Miałyśmy dwa rodzaje habitów, jeden oficjalny, w którym wchodziłyśmy do kaplicy, drugi krótszy do prac domowych. Ten drugi doskonale nadawał się do zajęć ruchowych.

A czy wykorzystywałaś swoje umiejętności fotograficzne?

Tak, aczkolwiek należy pamiętać, że do zakonu nie wstępuje się po to, by robić zawodowe kariery. Jest się więc w pierwszej kolejności siostrą, wykonuje się obowiązki, jakie przydzieli mistrzyni nowicjatu czy też matka przełożona. Natomiast matka, widząc uzdolnienia w określonym kierunku, może polecić wykonywanie dodatkowego zajęcia. Proszono mnie o robienie zdjęć, jeżeli była taka potrzeba. Na co dzień miałam jednak inne obowiązki.  

Istotą zakonu klauzurowego jest cisza, której jest zdecydowanie więcej niż w zakonach czynnych. Siostry obowiązuje zakaz rozmawiania, czy było to dla Ciebie trudne?

Nie jest tak do końca. Faktycznie obowiązywało nas milczenie, były jednak w nim przerwy. Mogłyśmy rozmawiać ze sobą podczas rekreacji, które były dwie dziennie i trwały w sumie dwie godziny. Po drugie, w ciągu roku było około 10 „dni mówionych”, jak to określałyśmy, podczas których mogłyśmy komunikować się ze sobą bez ograniczeń (np. Boże Narodzenie, Pascha, święto Jana od Krzyża, imieniny przełożonej). Ważne jest to, by zachowywać zdrowy rozsądek i w przypadku naszego zgromadzenia tak było. Rozmowy były dozwolone także wtedy, gdy trzeba było wydać jakieś polecenia dotyczące przekazania pracy. W pozostałym zakresie starałyśmy się pisać informacje na karteczkach. 

Odpowiadając dokładnie na Twoje pytanie, muszę dodać, że ktoś, kto nie lubi siebie, nie odnajdzie się w klauzurze, gdzie dużo czasu trzeba spędzać ze sobą. Wiadomo, że chodzi o spędzanie czasu z Bogiem, ale on jest niewidoczny, a naszą rolą jest poszukiwanie go. Samotności w kontemplacyjnym życiu jest bardzo dużo. Z drugiej jednak strony wiele czasu spędza się na wspólnej modlitwie i dzięki temu mówi się dużo. Cała liturgia godzin była odmawiana na głos. Dziś gdy żyję poza klauzurą, nieraz mam wrażenie, że w ciągu dnia mówię mniej niż w zakonie. Dużo czasu spędzałyśmy na śpiewaniu, były także próby w chórze. Tak więc podsumowując, trzeba stwierdzić, że w klasztorze dużo się mówi i dużo się śpiewa.    

Użyłaś słowa rekreacja. Czy możesz wyjaśnić, na czym ona polegała.

Był to czas, który spędzałyśmy wspólnie i mogłyśmy ze sobą rozmawiać. Starałyśmy się jednak mieć zajęte ręce w tym czasie. Jedna siostra coś szyła, inna obierała ziemniaki, jeszcze inna wycinała obrazki… Podczas drugiej rekreacji miałyśmy zazwyczaj próbę śpiewu. Z tego co wiem, w innych Karmelach jest to godzina przeznaczona na normalną konwersację.

Czego najbardziej brakowało Ci w zakonie?

Obcowania ze sztuką i możliwości czytania książek świeckich. Traktowałam to jednak jako ofiarę złożoną Bogu.

Dla wielu najbardziej charakterystycznym elementem zakonów klauzurowych są kraty. To za nimi siostry modlą się w kościele, to przy nich siedzą w rozmównicach, nawet wtedy, gdy rozmawiają z rodziną. Jaki był Twój stosunek do nich?

Większości krata kojarzy się z więzieniem. Należy zauważyć, że nikt nam jej nie postawił na siłę i nikt nas za nią nie wsadził. To siostry dokonują wyboru. Traktowana jest ona jako symbol ucieczki od pokus tego świata i odgrodzenia od tego, co oddalało od Boga. 

Co zrobiłaś jako pierwsze, po wyjściu z zakonu?

Po wystąpieniu dość szybko porwało mnie życie. Czekała na mnie rodzina, siostrzeńcy, których nie widziałam, znajomi. Ale skoro o to pytasz, to powiem Ci, że jedną z pierwszych rzeczy, jakich sobie zażyczyłam, były parówki. W zakonie nie jadłyśmy mięsa, miałam więc na nie ogromną ochotę.

Czy było jeszcze coś specyficznego w Waszej diecie zakonnej?

Musisz mieć na uwadze, że życie w klauzurze ma inny charakter od życia w zakonach czynnych. Istotą naszego powołania są drobne umartwienia, które składamy w ofierze Bogu za grzechy świata, a także w różnych intencjach, o które proszą nas osoby świeckie. Jednym z takich umartwień było zachowywanie postu przez siedem miesięcy w roku, a także jedzenie słodyczy tylko raz w tygodniu w niedzielę oraz podczas uroczystości. Tak długi post nie jest niczym nadzwyczajnym, z tego co wiem, obowiązuje on także w zakonach czynnych. Natomiast każde zgromadzenie we własnym zakresie ustala, jak będzie on realizowany.

Dziś sporo mówi się o kryzysie powołań. Życie w zakonach klauzurowych nie jest łatwe, a tymczasem młodzi ludzie stają się coraz bardziej wygodni. Czy Twoim zdaniem, nie należałoby złagodzić nieco reguły?

Uważam, że nie. Drobne umartwienia, ofiara, cisza… są istotą życia kontemplacyjnego. I gdyby chcieć to zmieniać, zakony klauzurowe straciłyby swój charyzmat. To właśnie dzięki temu surowemu życiu miałam możliwość „dokopać się” do źródła, czyli do jedności z Bogiem. Do tej pory czuję ją w sobie. 

Jakie zawody wykonywałaś po wyjściu z zakonu?

Najpierw przez pewien czas sprzątałam w szkole. Potem pracowałam w firmie internetowej, gdzie pakowałam rzeczy do wysyłki. Następnie wyjechałam za granicę, gdzie byłam mimem ulicznym między innymi w Amsterdamie, Paryżu, Florencji, Rzymie, Oslo… Jako artysta uliczny zwiedziłam wiele miejsc. Dziś mieszkam w Berlinie.

To, co mówisz, jest nieprawdopodobne. Zakonnica kojarzy się większości z nas z osobą cichą, spokojną, uległą. A Ty tymczasem byłaś mimem.

Nie ma w tym żadnej sprzeczności. Życie w zakonie i surowa reguła wymaga siły charakteru, często zaparcia się samego siebie. I właśnie tą siłę wykorzystywałam po wystąpieniu ze zgromadzenia.

Kim jest Aleksandra Wojciechowicz dziś?

Siedem i pół roku spędzonego w zakonie na pewno bardzo mnie zahartowało. Czuję się silna. Dziś jestem coachem, pomagam kobietom, a do tego piszę książkę. Będzie o kobiecie królowej, silnej, sprawczej, która wierzy w siebie. Nad tytułem wciąż jeszcze zastanawiam się. Do tego mam swój kanał na YouTube, prowadzę bloga ze zdjęciami swojego autorstwa (https://photographytoservereality.blog).

Trzymam zatem kciuki za Twoją książkę i dziękuję za rozmowę.

Z Aleksandrą Wojciechowicz rozmawiała Agnieszka Lisak

Aleksandra Wojciechowicz jako artysta uliczny
Aleksandra Wojciechowicz jako artysta uliczny