proza
Bale i karnawał w XIX wieku. Fragment książki pt. Życie towarzyskie w XIX wieku.

   BALE W XIX WIEKU

   Tadeusz Żeleński – Boy wspomina, że w XIX wieku szał tańca w miastach był umiejscowiony w czasie, bawiono się w okresie sześciu do ośmiu tygodni karnawału. Ale za to z jaką intensywnością! Tańczyli wszyscy, bez mała co dzień i w dodatku do białego rana. Posiadano zdecydowanie lepszą kondycję niż dziś. Ewa Felińska opisuje, jak to na jednym z balów prywatnych trzeba było rano pozasłaniać okiennice „aby dzień w okna nie zaglądał i tańców nie przerywał. Dopiero kiedy słońce gwałtem cisnąć się zaczęło, rozjechaliśmy się do domów.” Z tego też powodu na porządnych imprezach w cenę biletów wliczona była nie tylko kolacja, ale i śniadanie.

Karnawał, były to dwa miesiące nierealnego życia, przewracającego wszystko do góry nogami. Było go widać wszędzie: w gazetach, w kalendarzach, na ulicach, w sklepach. Miasto obklejano afiszami zapraszającymi na bale. Do tego dochodziły wielkie plakaty reklamowe, informujące o możliwości nabycia to tu, to tam wszystkiego, co wiązało się z zabawą: wiązanek kwiatów balowych, sukien balowych, gorsetów balowych i masek oczywiście też balowych… Plakaty takie oglądać można do dziś w zbiorach Biblioteki Jagiellońskiej. Podobnie było w przypadku ogłoszeń prasowych. I oto w jednym z nich czytamy, że fabryka kapeluszy wynajmuje takowe w okresie karnawału po niskich cenach. W gazetach opisywano ze szczegółami modę obowiązującą w danym sezonie, pojawiały się relacje z maskarad, żarty na ich temat, felietony. Wszystko naznaczone było stygmatem karnawału. Kraj stawał się małą Wenecją. Jak łatwo się domyśleć, w ten sposób nie można było funkcjonować przez cały rok. Huczne, publiczne zabawy należało ograniczać w czasie. - W 1826 roku wydane zostało rozporządzenie władz austriackich, które określiło dni, w których „muzyka z tańcami i inne zabawy mieysce mieć mogą”. Artykuł pierwszy rozporządzenia stwierdzał, że „bale maskowane” i reduty mogą odbywać się jedynie w okresie karnawału, natomiast w pozostałej części roku wyjątkowo i to za zezwoleniem władzy zwierzchniej. Przepis ten dotyczył tylko bali publicznych, w domach prywatnych w szczególności poza miastem skakano w rytm muzyki przez cały rok, wyjąwszy post, adwent i inne ważniejsze święta kościelne. Gdy w majątku ziemskim przytrafiło się, że goście przyjechali do gospodarzy, po obiedzie wynoszono stoły z największego pokoju, kazano stroić instrumenty muzykom i stawano do tańca.

    W okresie karnawału do miast zjeżdżały z okolicznych wsi i miasteczek rodziny, wioząc ze sobą pudła pełne kapeluszy, kufry z sukniami i innymi fraszkami, bez których żadna elegantka nie mogła obejść się w towarzystwie. Zanim to jednak nastąpiło, już na wiele miesięcy wcześniej czyniono przygotowania do takiej eskapady. Zamawiano suknie u krawca, kapelusze u modystki, nabywano nowe rękawiczki, często nie zdając sobie sprawy z tego, że to co na prowincji było ostatnim krzykiem mody, w mieście dawno leżało w kufrach na strychu. No i przede wszystkim odkładano pieniądze, tak aby było za co wynająć hotel, kupić bilety wstępu na bal i wynająć powóz z woźnicą na kilka tygodni. A wszystko po to, by choć raz w roku otrzeć się o wielki świat i pomóc córce z prowincji znaleźć w nim męża.

W XIX wieku dziewczęta niestety nie prowadziły własnego życia towarzyskiego, nie wolno im było chodzić we własnym gronie na przyjęcia, bale, do teatru czy kawiarni. Miejsca te, jako niebezpieczne dla ich reputacji, mogły odwiedzać jedynie w obecności rodziny. Żyły więc życiem towarzyskim swoich rodziców i to jedynie w takim zakresie, w jakim zostały do niego dopuszczone. Skazane na nieustanną obecność osób starszych, spacerujące po ulicach w asyście służących i innych ciotek przyzwoitek, nie miały możliwości samodzielnego znalezienia sobie męża i co najwyżej cudowny przypadek stawał się wyjątkiem od tej reguły. Życie musiało zatem wypracować inne formy poznawania się młodych i kojarzenia par. Doskonale nadawał się do tego karnawał. „Był to generalny zjazd wszystkich dzielnic, rodzaju targów małżeńskich (…), zjeżdżano do miast i miasteczek, (…) aby pokazać sobie wzajem synów i córki, aby swatać i krzyżować swoje młode”. Zawsze rezultatem jego była pewna ilość oświadczyn i zaręczyn, podsumowywał T. Żeleński – Boy.

    Dążenie do znalezienia życiowego partnera było ogromne. Tym bardziej, że w przypadku rodzin z prowincji koszty takich wyjazdów do miasta były duże i nie mogły być ponoszone w nieskończoność. Trzeba więc było spieszyć się. Wszystko odbywało się pod bacznym okiem matek, które siedząc pod ścianą w roli ciotek przyzwoitek modliły się w duchu, by ktoś w końcu zechciał poprosić córkę do tańca. Niech będzie tancerz jaki chce, byle był. Karol Estreicher wspomina, że był zmuszony przesiadywać na balach do rana, ponieważ żona pojechała do Wiednia, zaś w domu były panny na wydaniu. W podobnym tonie wspominał Ferdynand Hoesick Jana Matejkę: „stary Matejko, biedak, przypatrując się córkom, jak się bawiły doskonale, jak w tańcu przechodziły z rąk do rąk, bo miały ogromne powodzenie, musiał siedzieć do 7-ej rano zamiast spać smacznie, odpoczywając po całodziennej pracy artystycznej! Tak to wobec obowiązków ojca, mającego dorosłe córki na wydaniu, musi ustąpić nawet geniusz!”

Dla rodziców karnawał był różańcem nieprzespanych nocy, spędzonych na kanapach ustawionych pod ścianami balowych sal, co z humorem opisał Artur Bartels w swoim wierszyku:

Karnawał

Moja pani, ten karnawał,

To istne piekło dla matek,

Nawał wizyt, pracy nawał,

Ciągły kłopot i wydatek! (…)

Na balach, istne skaranie,

Z całą tych mężczyznisk zgrają,

Wietrznie trzech przed nosem stanie,

I nic widzieć ci nie dają! (…)

I tak aż do siódmej z rana,

Tok zgnieciony, suknia zmięta,

Madzia na nic stańcowana,

A ja jakby z krzyża zdjęta.

Jedna dziewczyna dumnie zbierała bukieciki od zapraszających ją danserów, wpisywała w karneciku ołówkiem ich imiona, tak by nie pomylić kolejności podczas tańców. Inna „sterczała nieraz do rana z powściąganymi łzami w oczach lub też uciekała w pełni balu pod pozorem bólu głowy, aby w domu gorzko płakać” nad brakiem powodzenia. Niby obowiązywała zasada, że mężczyzna do 30 roku życia powinien obtańcować wszystkie damy i te brzydkie i ładne, a nie prosić do tańca tylko królową balu. Niemniej jednak młodzieńcy – jak łatwo się domyśleć - nie stosowali się do niej konsekwentnie. T. Żeleński – Boy zauważał, że:

„ludzie żyją dziś jakoś dorzeczniej, swobodniej i estetyczniej. Nawet taniec odzyskał swą godność i sens, gdy przedtem bywał rajfurem małżeńskim (…). I kiedy mi się zdarzy rozejrzeć po dzisiejszym boisku tanecznym, gdzie dobrane pary kręcą się bezinteresownie w spokojnej harmonii, a potem przypomnę sobie dawną salę balową o siódmej rano – straszliwy rząd matek dogorywających pod ścianą, ale jeszcze ścigających nienawistnym wzrokiem krzywdzicielki swoich nie dotańczonych córek”, to jest królowe balu.

I chyba nie można było sobie wyobrazić bardziej nieprzyjaznego terenu do nawiązywania relacji damsko – męskich jak bal. Po pierwsze głośna muzyka i gwar nie sprzyjały prowadzeniu rozmów, którymi kawaler mógłby oczarować pannę. O wspólnym wyjściu na zewnątrz też nie było mowy. Córce bowiem nie wolno było wychodzić z sali balowej i ginąć z pola widzenia matki, a w dodatku w obecności obcego mężczyzny. Poradniki savoir vivre pouczały, że nawet do bufetu nie wypada młodej damie chodzić samej ale zawsze pod nadzorem matek, ojców, braci lub towarzyszy dobrze znanych rodzicom. Łamanie tej zasady groziło zszarganiem reputacji. Jedynym sposobem oczarowania panny był więc taniec. Nie było wyjścia, poważni urzędnicy, nauczyciele, lekarze, księgarze z brzuszkami musieli podskakiwać jak młode wróble. W ukryciu ocierali pot z czoła chusteczką, mając nadzieję, że ten „podskok godowy” przypadnie dziewczynie do gustu i nie zakończy się atakiem serca. Co gorsza dawne tańce bynajmniej nie były tak poważne, jak dziś mogłoby się to wydawać. T. Żeleński – Boy wspomina, jak kiedyś w kabarecie ktoś postanowił odtworzyć dawnego kadrylo – mazura. „Cóż za widok! (…) Nic nie przesadzając wystarczyło, aby pęknąć ze śmiechu. Iluż godnych, przyzwoitych i inteligentnych ludzi dyskredytowało się podskakując jak wróble na nitce, przytupując nie w takt, komiczni, przeraźliwi! I nikt tego nie uniknął; bo nawet kadryl, który był tańcem konwersacyjnym, „chodzonym”, kończył się najzdradliwszą „galopką z figurami”” O ironio najlepiej w tym szale podskoków wypadały młode trzpioty, zawodowe nicnieroby i karnawałowe łaziki. Za to stateczni panowie z łysiną, brzuszkiem i majątkiem, wypadali przy nich jakoś blado. I jak tu teraz wytłumaczyć młodej pannie, że ten który jest najlepszy podczas godowego tańca, wcale nie jest najlepszym kandydatem na męża. Istne poplątanie z pomieszaniem.

Swój czyściec podczas balów przechodzili nie tylko mężczyźni, ale także młode dziewczyny. Zdarzały się wśród nich, może nie do końca bogate, ale za to rozsądne, zaradne, obdarzone cała litanią praktycznych zalet kandydatki do zamęścia. W dzisiejszych czasach miałyby mnóstwo sposobności, by swoją osobowością oczarować kandydata do ręki. Sprzyjają temu studia, praca zawodowa, towarzyskie przyjęcia. Niestety nie w dziewiętnastym wieku, gdzie spotkania młodych panien z przedstawicielami płci niebezpiecznej bez udziału dorosłych były surowo zabronione. Wystawiano je więc pod ścianami balowych sal, niczym towar na sprzedaż, w nadziei, że w końcu ktoś podejdzie i kupi. Można je było oglądać, rozmawiać raczej zdawkowo, dotykać tylko w tańcu i oględnie. Podczas gdy dziewczęta wystrojone kwitły pod ścianą i modliły się w duchu, by ktoś zechciał poprosić do tańca, panowie w pokoju obok spędzali czas z alkoholem w ręku i cygarem przy partyjce wista, nie myśląc nawet o zabawie. Poradniki dobrego tonu nie raz narzekały na męską młodzież nowej generacji, która na balach raczej rzadko zaglądała do głównej, tanecznej sali, a jeżeli już to po to, by podpierać piece (patrz ilustracja na końcu rozdziału).

Nie tylko brak powodzenia był przyczyną zgryzot, ale także zainteresowanie ze strony płci przeciwnej. Pannie poproszonej do tańca, nie wypadało odmawiać mężczyźnie, niezależnie od tego czy przypadł jej do gustu i czy miała ochotę bawić się z nim. Jednym słowem nie miała nawet wpływu na to, z kim będzie tańczyć. Gruby, chudy, stary, łysy…, wszyscy mieli do niej prawo. Niczym piękne cacko przechodziła z rąk do rąk. Poradniki przestrzegały przed zbyt nieroztropnym dawaniem odmowy i próbami wybierania sobie partnerów tylko młodych i przystojnych. Mężczyzna wprowadzony w błąd miał prawo podejść do swojego rywala i zwrócić uwagę na to, że nie wolno mu tańczyć z panną, jako że ta zadeklarowała już wcześniej, że bawić się nie zamierza. W takim przypadku etykieta wymagała, by ustąpić i zostawić pannę samą. Tak by poniosła konsekwencje mówienia nieprawdy. Byli i tacy zuchwalcy, którzy za nic mieli etykietę. Pomimo zwrócenia im uwagi, porywali z drwiącym uśmiechem dziewczynę do tańca na oczach upokorzonego mężczyzny. Zdarzało się, że duma urażonego nie wytrzymywała takiego afrontu, w szczególności gdy jego pozycja społeczna była wyższa, od podlotka, który odważył się sprzątnąć mu pannę sprzed nosa. Sprawę trzeba było załatwić honorowo i po męsku. Na balu po jakimś czasie pojawiali się dwaj panowie o marsowych twarzach, którzy prosili ignoranta do osobnego pomieszczenia, by dyskretnie przekazać mu mrożącą krew w żyłach wiadomość. Oto został wyzwany na pojedynek. Ktoś podsłuchał rozmowę, ktoś komuś powtórzył, wieść lotem błyskawicy rozchodziła się po towarzystwie, wszyscy zaczynali szeptać. Niby grała orkiestra, niby tańczono dalej, jak gdyby nigdy nic, ale jednak wśród zgromadzonych dawało się wyczuć napięcie. Wtem z pobliskiego parku rozlegały się strzały, muzycy przestawali grać, zebrani wybiegali na zewnątrz, wrzało jak w ulu. Panna w asyście ojca chciała salwować się ucieczką, a tu jak na złość, nie było przed wyjściem żadnej wolnej dorożki. Wszyscy obecni stali wlepiając w nią nienawistny wzrok, w opiniach szeptanych urastała do roli zbrodniarki, bo jak wiadomo wszystkiemu zawsze winne są kobiety. Takie to były na dawnych balach epizody, którymi następnie żyło całe miasto.

***

Do sprawy balów podchodzono bardzo poważnie. To od nich w wielu przypadkach zależała przyszłość córek i synów oraz szczęście rodziców na starość. Nie było żartów. W bogatszych domach zamawiano młodym metra do tańca, który wyuczyłby ich „wielkiej sztuki balowej”. Kto nie miał metra z polecenia, mógł skorzystać z ogłoszeń prasowych. I oto w „Kurjerze Warszawskim” ogłaszał się Piotr Śliżyński, który udzielał lekcji tańców salonowych u siebie w domu oraz po domach prywatnych i pensjach. A wszystko sposobem najkrótszym, zaledwie w dwudziestu kilku lekcjach, co dawało możliwość opanowania „sześciu tańców najpotrzebniejszych”.

 Choć zdecydowanie lepiej od indywidualnych wypadały lekcje zbiorowe. Młodzi przynajmniej mieli z kim tańczy i mogli wczuć się w atmosferę wspólnej zabawy. Dla wielu chłopców była to okazja, by po raz pierwszy zetknąć się z dziewczętami na niebezpiecznie bliską odległość, chwytać je za ręce, obejmować. W tak odurzającej atmosferze rodziły się pierwsze miłostki. Ferdynand Hoesick podaje, że właśnie na takich lekcjach zadłużył się w pannie Leoni, mającej dwanaście lat. - Od pierwszej chwili zrobiła na nim bardzo silne wrażenie, tak że już na drugą lekcję szedł z bijącym sercem, a w międzyczasie ciągle o niej rozmawiał z Muniem, „co mu dogadzało o tyle, że i na niego podziałała jej zalotność.” Innym razem pierwszych tanecznych „pas” córki uczyły się od matki lub siostry, potem zaś w szkole na przerwie, obejmując się z koleżankami, powtarzały kroki. „Kojarzyły się w ten sposób pary lepiej stańczonych koleżanek, które tak niewinnie rozładowywały narastające napięcie uczuciowe.”

W jednym z poradników savoir vivre zwracano uwagę na to, że metrzy są to ludzie ciężko pracujący na chleb, to jest zajmujący się „lataniem po piętrach, z jednego końca miasta na drugi”, dlatego też trzeba szanować ich czas, przygotowywać się do lekcji, aczkolwiek z drugiej strony należy „mieć ich w godzinie lekcyi na oku”, jako że zdarzają się nieuczciwi, którzy niczego nie uczą.

Biegłe opanowanie sztuki balowej wcale nie było takie łatwe i przerastało możliwości niejednego tancerza. Z tego też powodu Spirydion przestrzegał przed wyrywaniem się do tańca łamag. Jeżeli młody człowiek nie radzi sobie z walcem czy kadrylem, to zdecydowanie lepiej zrobi, jeżeli w ogóle tańczyć nie będzie. „Bo jego deptanie po nogach innym, targanie sukni danserce, mięszanie figur, uderzanie łokciem i nareszcie (…) przewrócenie danserki na ziemię, wystarczy, ażeby mu popsuć raz na zawsze reputacyę światowego człowieka.”

Kto po kursach czuł się niedouczony, zawsze mógł sięgnąć do któregoś z poradników „sztuki balowej”. Zajrzyjmy zatem do samouczka dla tancerzy i wodzirejów pod tytułem „Tańce salonowe”. Wprawdzie pochodzi on z 1904 roku osadzony jest jednak w pełni w dziewiętnastowiecznych realiach. Szeregiem reguł była objęta nie tylko zabawa w rytm muzyki, ale także to, co miało miejsce poza nią. Poradnik instruował, jak wykonywać ukłon ceremonialny adresowany do wszystkich po wejściu na salę (powinien być bardzo głęboki a ręce powinny wysuwać się do przodu), potem ukłony powitalne kierowane do konkretnych osób. Można było też dowiedzieć się, jak stać podczas proszenia panny do tańca, jak na nią patrzeć, jak chodzić. I tylko zabrakło w poradniku fragmentu poświęconego oddychaniu. - Przepisy, przepisy i jeszcze raz przepisy.

Przejdźmy zatem do sedna sprawy, czyli do tańca. Na balach publicznych mężczyzna mógł tańczyć tylko z tą kobietą, której został przedstawiony. Czasami proszono o to dyskretnie wodzireja, ponieważ ten jako kierownik zabawy miał prawo przedstawiania każdego każdemu. Gdy jednak przeszkoda w postaci braku prezentacji nie zachodziła, mężczyzna sztywny jak kij podchodził do matki lub innej ciotki przyzwoitki, kłaniał się pytająco i jeżeli ta zezwoliła, prosił córkę do tańca. Czasami przy tej okazji wręczał dziewczynie mały bukiecik kwiatów, który stawał się widomym dowodem jej powodzenia. Bukiecik za bukiecikiem i oto nikt nie miał wątpliwości, która jest królową balu. Panna kwiaty odkładała na bok, ściskała mocniej wachlarz, chusteczkę i ruszała na parkiet. Wprawdzie nikt nie wie, po co podczas tańca kobiecie wachlarz i chusteczka, ale cóż takie były zwyczaje. A każdy w tamtych czasach był niewolnikiem zwyczajów. „Należy tylko umieć zręcznie trzymać oba te przedmioty”, pouczał jeden z poradników. Jakakolwiek poufałość pomiędzy danserami była zabroniona, nie wypadało rozmawiać zbyt poufale, szeptać czule do ucha, patrzyć sobie zbyt długo w oczy, bo to nieskromnie, ściskać się zbyt mocno, tańczyć ze sobą zbyt wiele razy, czy też znikać z pola widzenia matce podczas przerw pod pozorem wyjścia do bufetu lub garderoby. Trzeba było także uważać, by nie dotykać się biustami. „Wyglądać na zobojętniałą na wszystko i udawać, że się jest wszędzie znudzoną – oto najwyższy wyraz szyku!” Instruował jeden z poradników, dodając wykrzyknik na końcu zdania.

W dodatku młodzieniec „nie powinien brać w rękę przedmiotów swej danserki, to jest: bukietu, chustki, wachlarza, bo oznacza to poufałość, zwracając na nią uwagę.”

Nie należało także zapominać, że trzeba tańczyć z umiarem, jeżeli chce się uchodzić za cywilizowanego człowieka. Zwyczaj tańczenia do upadłego trąci dzikością i jeszcze tylko po kiermaszach się spotyka, że tancerze tańczą ze sobą do upadłego. Pouczał inny z autorów. Po skończonym tańcu damę należało odprowadzić do matki. Kawaler mógł ją w tym celu wziąć pod rękę, ta jednak powinna była pamiętać, by dotykać ręki kawalera że tylko, żadne znaczące uściski nie były dozwolone. Nie wypadało także przysiadać się do kobiety siedzącej pod ścianą na pogawędkę. Miejsce to było zastrzeżone dla pań, czekających aż ktoś poprosi je do tańca. Panowie „nie siadają w sali – chyba, że mają jakieś zlecenie do zakomunikowania której z pań – wtedy, o ile jest miejsce, mogą się przysiąść, ale na bardzo krótko.” Zwracał uwagę M. Rościszewski.

Jakby tego jeszcze było mało, jeden z poradników pouczał, że siedząc pod ścianą, nie należy rozmawiać z sąsiadkami, których się nie zna. Co innego, gdy było to grono koleżanek. Dziewczyna miała swobodniejszy kontakt z mężczyznami podczas balu jedynie wtedy, gdy byli kolegami czy też kuzynami jej brata lub brata koleżanki. W takim przypadku przyjacielskie, bezpośrednie rozmowy nie były zabronione. Zdarzało się, że chodzono na tańce w zaprzyjaźnionym gronie, aczkolwiek zawsze pod nadzorem dorosłych.

Kobiecie oczywiście nie wypadało prosić do tańca mężczyzny, chyba że był to tak zwany biały taniec, kończący bal. Do zasady tej nie stosowano się jednak konsekwentnie. Wiele zależało od stopnia zażyłości danserów. Antoni Kieniewicz wspomina, jak to kiedyś podczas balu został zapytany przez pannę Grabowską, czy ma zajęty następny kontredans. Bo jeżeli nie, to „musi mnie pan poratować i tego kontredansa ze mną zatańczyć.” I jak dalej uzasadniała „zmykam jak tylko mogę od Feliksa Lubeckiego, który wprost ugania się za mną z zamiarem proszenia mnie do kontredansa, a ja nie chcę z nim tańczyć.”

Zabawa zabawą, nie zmienia to postaci rzeczy, że także na balu musiał panować porządek. Zachowaniu go służyły specjalne karneciki, które nabywano w sklepach lub otrzymywano przy wejściu na bal. Te rozdawane podczas balu miały wydrukowaną listę tańców przewidzianych na cały wieczór. Panie ołóweczkiem wpisywały przy nich panów, którzy zechcieli prosić do tańca, tak by nie pomylić kolejności. „Ordnung muss sein”, jakby powiedzieli Niemcy. Byli i tacy tancerze, którzy nie lubili czy też nie potrafili tańczyć walca, ale za to świetnie radzili sobie z kadrylem. Poradniki savoir vivre instruowały, jak poprowadzić konwersację w tym przedmiocie.

„- Czy mogę mieć zaszczyt przetańczenia z panią pierwszego walca (lub drugiej polki, albo czwartego kontredansa)?” lub też „ośmielam się zapytać, którego kontredansa mógłbym mieć szczęście przetańczyć z panią?”

Osoba zagadnięta przebiegała oczami karnet – i jeżeli nie była zajęta, odpowiadała: „I owszem” (lub) „Z przyjemnością”. Wpisywała na karnecie nazwisko tancerza albo podawała mu karnet i ołówek, on zaś sam zapisywał swoje imię i nazwisko.

Z zamawianiem tańców też był związany cały „protokół dyplomatyczny”. Niektóre tańce uchodziły za szczególnie uprzywilejowane (osobiste) i wyrażenie zgody przez tancerkę na nie, było przejawem szczególnego wyróżnienia. Narzeczonym lub młodym mężatkom wypadało przetańczyć pierwszego walca tylko z mężem lub narzeczonym. Natomiast w kadrylu szczególnie ważny był dobór osoby stojącej naprzeciwko, z którą nie brakowało sposobności, aby wymienić kilka miłych słówek lub znaczących uścisków dłoni.

Karnety panie nosiły za paskiem sukni balowej, „w dołku za stanikiem” lub też zawieszone na rączce od wachlarza. Właśnie taki karnecik trzyma w ręku dama po lewej na ilustracji prezentowanej na końcu rozdziału. Posługiwanie się tym jakże praktycznym przedmiotem wymagało jednak pewnej delikatności. Paniom zwracano uwagę na to, że nie należy chwalić się zabazgranymi od góry do dołu stroniczkami, przed innymi danserkami, które nie mają powodzenia.

W dziewiętnastym wieku było nie do pomyślenia, by podczas balu każdy mógł tańczyć po swojemu. Na sali panowała żołnierska dyscyplina. Wszyscy musieli liczyć kroki i pilnować figur.

Bezwzględnie należało zachowywać przepisy taneczne, „a jak naymocniey się wystrzegać (by) przez komiczne susy, chcieć zabawić tanecznice albo rozśmieszyć patrzących. Nie należy także tańczyć aż do zmordowania”. Pouczał surowo poradnik pod tytułem „Człowiek wielkiego świata...” z 1823 roku.

To co opisuję, zapewne przeszywa niejednego czytelnika przerażeniem połączonym z niedowierzaniem. Miało być o rozrywce, a tymczasem ze stron książki wieje grozą jak z obchodów halloween. Więc może oddam na chwilę głos Józefowi Boguckiemu, by nie zostać posądzoną o literacką fantazję:

niejeden „przeraziłby się widokiem tych par obu-płciowych, mających za chwilę z całą duszą oddać się zabawie (…) – tych twarzy śmiertelnie martwych i drewnianych pozycji, których nawet kontredans nie złamie. Myśl zamiast taktu oblicza tu reguły; dusza, zamiast się wylać z(e) swobodą swego szczęsnego poruszenia, drży o swoje ja (…), lękając się więcej złamania przepisów jak nieosiągnienia celu tańca. Bodaj nie przesadzać w porównaniu, ale nasze tańce salonowe, to jakby uroczystości pogańskie na cześć bogini powagi (…), przy których ani weselić się nie godzi ani zaśmiać całą duszą…"

Nic tak nie rozkręcało zabawy, jak dobry wodzirej. Rozkazami typu „tyłami do siebie”, „w cztery kąty”, „naprzód w czworo”, „pani zostaje”, „panowie za mną”, „balansować ze swemi damami i na miejsca” przerzucał niczym dowódca masy rozbawionych gości z jednej części sali na drugą. Był prawdziwym generałem zabawy. Bywały i bardziej skomplikowane komendy jak „rączka! łańcuch lewej ręki, mijajcie się na krzyż!” Dziś tego typu hasła brzmią nader tajemniczo, niczym zaszyfrowane rozkazy z frontowych okopów. Kiedyś wszystkie one wydawane były w dodatku po francusku, chyba dla zmylenia wroga. Dlatego też ktoś, kto zamierzał brać udział w balach, musiał nauczyć się nie tylko tanecznych figur, ale i dziesiątek takich komend, do czego służyły specjalne słowniczki. Wróćmy jednak do samego wodzireja, zwanego niekiedy „dyrektorem zabawy”. Jego zadaniem było zachęcanie do tańca opornych i leniwych. Przebiegał więc po sali z szybkością huraganu i wyrywał wszystkich mężczyzn zdatnych do „służby”, kierując ich w objęcia pań. „Pozwoli pani, że jako wodzirej balu, przedstawię jej pana X”. Takimi to formułkami zachęcał pary do tańca. By unikać nieporozumień generał, miał przypięty do klapy fraka kotylion, pęk różnobarwnych wstążek czy też kokardę, które dawały mu prawo rozmawiania z każdym i przedstawiania sobie nieznajomych. Jego rolą było nie tylko pokazywanie tańczącym figur, które wykonywali za nim, ustalanie kolejności tańców, ale także obmyślanie zabaw i budowanie atmosfery balu. Mógł przy tym wymyślać dowcipy i posługiwać się akcesoriami specjalnie w tym celu nabywanymi w sklepach lub przedmiotami domowymi, „za pomocą których tancerze wystawiani bywają na różne próby i przygody ucieszne.” Zabawy z rekwizytami zwano kotylionem. Nie był on tańcem, jak chcą tego niektóre współczesne publikacje, ale rozrywką mającą go urozmaicać, mógł występować w walcu, polce, galopadzie lub też w przerwach pomiędzy nim.

Gdy kotylionowe zabawy dobiegały końca, a szary świt zaglądał do okien balowej sali, wodzirej zachrypniętym głosem zapowiadał białego mazura. Taniec ten, podczas którego panie prosiły panów kończył szaloną noc.

powrót
email
Agnieszka Lisak Copyright © 2008-2013 All rights reserved