Home    Podaruj dokument    Współpraca    O mnie

Jak poruszali się nasi przodkowie? Czyli o epidemii dziewiętnastowiecznego smutku.

Wiem, pisałam to już kiedyś, ale napiszę jeszcze raz. Nieskończenie długa jest lista rzeczy, które odeszły i nie wrócą. Choć tak naprawdę zjawisko to dotyczy nie tylko przedmiotów, ale także zapachów, dźwięków, zachowań, gestów, scen… A czy zastanawiali się Państwo kiedyś nad tym, jak poruszali się nasi przodkowie?

W XIX wieku kobiety z wyższych sfer bez wątpienia poruszały się wolniej, unikały biegania, machania rękami, mówienia podniesionym głosem, czyli tego wszystkiego co dziś nazwalibyśmy zachowaniem spontanicznym. Powszechne było przekonanie, że pośpiech poniża. Dobrze sytuowana dama nie pracowała zarobkowo, nie wykonywała zajęć mogących brudzić ręce. Miała więc czas i nie omieszkała tego manifestować. W pałacu nie biegła sama do salonu obok, by wziąć jakąś książkę. Dzwoniła dzwonkiem na rączce na służącą, czekała aż ta przyjdzie, a następnie kazała jej przynieść przedmiot. Wprawdzie zanim panna z drugiego końca pałacu dotarła do pokoju swej pani, upływało sporo czasu, ale któż z możnych w tej epoce liczył się z czasem. Rozmówki polsko – francuskie z 1841 roku dają nam przykład takiej potocznej rozmowy pomiędzy chlebodawcą a jego służącym:

- Zapal ogień czemprędzej i ubierz mnie.

- Już jest ogień, Panie.

- Daj mi koszulę.

- Oto jest.

- Nie ciepła, cała jeszcze zimna.

- Jeżeli Pan chcesz, zaraz ją wygrzeję.

- Nie, przynieś mi jedwabne pończochy.

- Dziurawe, (dziury w nich).

- Nie możesz ich dać naprawić?

- Dam je do naprawy po południu.

- Dobrze uczynisz.

- Gdzie jest mój szlafrok.

- Daj mi grzebień.

- Daj mi chustkę do nosa.

- Oto jest biała, Mości Dobrodzieju.

- Daj mi tę, co w mojej kieszeni.

- Dałem ją do praczki, bo brudna była.

- A przyniosłaż moją bieliznę?

- Przyniosła, Panie, i nic nie brakuje…

Spokój w ruchach wymuszał także strój. W gorsetach, a także w ciężkich, sięgających ziemi sukniach trudno było o pośpiech, nie mówiąc już o bieganiu. A do tego przecież „nie wypadało”. Nie małe znaczenie w utrzymaniu prostej sylwetki miała także fryzura. By jej nie zniszczyć i nie zrzucić z głowy, należało trzymać się prosto i chodzić wolno, niczym murzynka z dzbanem na głowie. Na przełomie XIX i XX wieku była ona ogromna, a do tego przykryta jeszcze większym kapeluszem.

Helena Duninówna wspomina, że gdy pierwszy raz w życiu przyszło jej rozpleść warkocze i upiąć włosy w typowy dla dorosłych kobiet sposób, była mocno zaskoczona. Nie podołała wyzwaniu. Misternie upięta konstrukcja z własnych sięgających pasa włosów, a do tego z cudzych zwanych postiche okazała się zbyt ciężka i przechylała się to na prawo, to na lewo. Zresztą oddajmy głos autorce.

„Za każdym pochyleniem, każdym obrotem głowy – wszystko zjeżdża, najwyraźniej zjeżdża – to ku prawej, to ku lewej stronie. Nie można po prostu mrugnąć okiem. (…) Obie ręce machinalnie podniosłam ku głowie i stałam tak na środku salonu, przerażona, skamieniała, ku zdumieniu wszystkich. Moje (…) misterne gniazdo włosów, umocowane dziesiątkami szpilek i szpileczek, grzybków i grzebyczków – zsunęło się nagle, gwałtownie i bardzo widocznie ku lewej stronie. (…) Nie wiem już jak, nie wiem kiedy, chyba w jednej chwili znalazłam się poza salonem, w pokoju przeznaczonym na garderobę pań. Gwałtownymi szarpnięciami wyrywać zaczęłam z kunsztownej koafitury dziesiątki szpilek, setki szpilek, rzucać je na podłogę, na toaletę, na taboret, na dywan. Padł po chwili mocowania się fatalny, przepocony „postiche” z cudzych włosów, kopnęłam go w pogardzie czubkiem pantofelka.

***

Niedowierzającym pozwalam sobie zacytować fragmenty poradnika savoir vivre napisanego przez baronową Staffe.

„Ideałem pięknego ułożenia jest dla niektórych wyprostowana figura, bez najmniejszego ruchu, schylenia, twarz obojętna, spokojna – nieczuła jak marmur”.

Autorka poradnika wprawdzie nie do końca podziela to stanowisko, niemniej jednak krytykując je de facto potwierdza jego występowanie. W dalszej części poradnika czytamy.

„Ludzie prawdziwie dobrze wychowani pojmują to inaczej. Przyznają owszem, że ciało nasze może mieć chwilami to zaniedbanie pełne wdzięku (…). Wymagają tylko jednego: nie ruszać się – nie gestykulować co chwila – nie w porę. I tak prowadząc rozmowę wesołą, wzruszającą, pełną życia, można zawsze tylko z pewnym umiarkowaniem poruszać ręką, biustem lub głową. Ale do tego trzeba się przyzwyczajać od młodości, bo tylko przyzwyczajenie się od dzieciństwa, że trzeba unikać trzepotania nogami, kręcenia rękami, trzęsienia głową, miarkować będzie nasze ruchy, nada im pewne granice i uchroni od wszelkiej pospolitości i przesady (…). To pewna, że podnoszenie oczu do nieba, rozkładanie się od śmiechu, przewracanie oczyma, załamywanie i wznoszenie rąk są śmiesznymi ruchami, wyjąwszy jakieś nadzwyczajne chwile.”

„Nerwowość to choroba naszych czasów – a wiemy, że osobom nerwowym bardzo trudno zachować się sztywnie, nieruchomo. Radziłabym kobietom wziąć na wizytę np. wachlarz do ręki: rozwijanie, zamykanie, składanie go, wstrząsanie nim zatrudnia jej ręce i uchroni pewnie od ruchów zbyt niestosownych.”

„Ludzie, którzy pięciu minut nie umieją spokojnie na miejscu usiedzieć , ale wciąż się kręcą, wstają, chodzą – są nieznośni; tak samo ci, którzy trzęsą wciąż nogą, kołyszą jakiś przedmiot lub bawią się nieustannie czmbądź. Wymagajmy więc od dzieci już, aby przy stole siedziały cicho, spokojnie – toż samo przy nauce, w kościele, a nie wyrosną na tych nieznośnych, od których wszyscy stronią”.

„Kobieta nie powinna opuszczać ramion (tj. rąk – przypis A.L.) w dół – dla utrzymania równowagi bierze zimą zarękawek, wiosną wachlarz, latem parasolkę. Nie należy też nigdy biegać, ale chodzić, jeżeli do wielkiego pośpiechu nie zmuszają nas jakieś nadzwyczajne okoliczności, toż nie należy ani podskakiwać idąc, ani kręcić się, ani znowu wlec się pomału.”

Jak więc widzimy spontaniczności i śmiechu było wśród naszych przodków zdecydowanie mniej niż współcześnie. Można było delikatnie unieść kąciki ust, ale nie wypadało śmiać się do rozpuku pokazując zęby. Magdalena Samozwaniec w książce pt. „Z pamiętnika niemłodej mężatki” wspomina, że jej siostra Maria Pawlikowska – Jasnorzewska nie śmiała się nigdy, ponieważ obawiała się zmarszczek. Epidemię dziewiętnastowiecznego smutku dostrzegamy też na dawnych zdjęciach. Zresztą proszę spojrzeć samemu:

***

No i może na koniec jeszcze jeden fragment z poradnika savoir vivre dotyczący zachowania się podczas balu.

„Wyglądać na zobojętniałą na wszystko i udawać, że się jest wszędzie znudzoną – oto najwyższy wyraz szyku!”

Agnieszka Lisak