Home    Podaruj dokument    Współpraca    O mnie

Tajemnicza wiejska gospodyni.

***

Ostatnio przeglądałam w bibliotece pismo z 1881 roku pod tytułem „Gospodyni Wiejska”. Dość osobliwy tytuł może rodzić pytanie, do kogo było ono adresowane. Do chłopek? Zdecydowanie nie, bo większość z nich w tym czasie nie umiała czytać. A jeżeli już czytały, to co najwyżej książeczki do nabożeństwa. W dodatku w większości domostw bieda była tak straszna, że ledwo było co do garnka włożyć, kto więc by myślał o takich fanaberiach jak czasopisma.

A może zatem były one adresowane do przedstawicielek szlachty? Na pierwszy rzut oka wydaje się to mało prawdopodobne. Przecież były to kobiety dystyngowane, czytające książki, piszące wiersze, grające na fortepianie, jednym słowem żyjące w świecie wyższych wartości. Co więc wspólnego mogłyby mieć z hodowlą kur, czy też metodami tępienia pluskiew?

Może niektórych zaskoczę, ale druga odpowiedź jest prawidłowa. Pismo adresowane było do przedstawicielek średniozamożnej i ubogiej szlachty. Jeżeli chodzi o życie szlachcianek na prowincji w XIX wieku, to można było zaobserwować dwa modele zachowań. Jedne kobiety nie były w stanie do końca swoich dni pozbyć się wielkopańskich nawyków przywiezionych z miasta, tj., zamiłowania do błyszczenia strojem i próżniactwa. W szczególności dotyczyło to tych, które przyjechały „na wieś” za mężem, często wbrew własnej woli. Brakowało im tu teatrów, kawiarń, jednym słowem światowych rozrywek. Snuły się więc całymi dniami po domu w szlafroku niczym widma, wzdychając do dawnych – lepszych czasów.

Inne kobiety posiadające w sobie zmysł praktyczny rzucały się w wir pracy, tj. zarządzania majątkiem ziemskim. A było czym zarządzać, bo roboty było wiele. Majątek był jak firma w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Ciągle trzeba było czegoś pilnować, wydawać polecenia, sprawdzać, rozliczać, inaczej wszystko popadało w ruinę. Nie bez kozery mawiano, że „pańskie oko konia tuczy”.

Rządna gospodyni, będąca przedstawicielką średniozamożnej szlachty, nie doiła wprawdzie sama krów, ale musiała być przy tym, by pilnować, by mleko nie zostało ukradzione czy też zabrudzone. Do tego trzeba było znać się na chorobach bydła i tysiącu innych spraw. Gdyby ktoś nie wiedział, co było na głowie wzorowej szlachcianki (czytaj wiejskiej gospodyni), to przytaczam tytuły artykułów z w/w pisma:

- Chów karpi (bo przecież trzeba wiedzieć, czy warto hodować).

- Hodowla drobiu, czyli o hodowli perliczek.

- Produkcja i uprawa porzeczek (może i przycinał je ogrodnik, ale jednak trzeba było wiedzieć, kiedy i jak).

- Nowe przyrządy mleczarskie (bo przecież trzeba było wiedzieć, czy warto je kupić).

- Smaczna potrawa z ryżu (przepis).

- Wyborna sztuka mięsa w sosie (przepis).

- Hodowla raków w basenach.

- Zabezpieczenie nasion od myszy.

- Uprawa lilii japońskiej.

- Epidemiczne choroby drobiu.

- Krwawnik pospolity jako środek na krwotoki.

- Hodowla gołębi.

- Sery z maślanki na sposób alzacki…

***

Poniższe zdjęcie nie pochodzi wprawdzie z Polski, w pełni wkomponowuje się jednak w omawianą tu tematykę. Schludna fryzura, wysoki kołnierzyk i broszka nie pozostawiają wątpliwości, że mamy do czynienia z kobietą z lepszego świata. A z drugiej strony założony fartuch jest dowodem na to, że bohaterka zdjęcia nie gardzi pracą fizyczną.

Poniżej ilustracja pochodzi z anglojęzycznej prasy. Na zdjęciu widzimy przykłady fartuchów dla eleganckich pań domu, które jednak nie zamierzają gardzić pracą.

Przyznam, że nie wiem, jak mam rozumieć poniższe zdjęcie, pochodzące zapewne już z dwudziestolecia międzywojennego (wnioskując po stroju). Szlachcianki z majątków ziemskich faktycznie mogły zajmować się karmieniem kur, ale na pewno nie robiły tego w wydekoltowanych sukniach balowych i z perłami na szyi. Być może poniższe zdjęcie to żart.

Agnieszka Lisak